- Sprawdź czy ktoś żyje. Jak nie to wiesz co robić. - krzyknęłam do Seby. Ten posłał mi wrogie spojrzenie. No tak. Był wyżej w pozycji. To on mi ma dawać rozkazy. Pff. Nigdy mnie ona nie obchodziła, i chyba nie zacznie. Hierarchia, co za idiotyzm. Ech, ale to tylko moje zdanie inni uważają inaczej. Ludzi obok nas było chyba pięciu. Nikt nie przeżył. Ale takie czasy. Jak jest się słabym. Ginie się. Proste. Z resztą tak było od zawsze. I będzie. Nie ma co mieć nadziei. Mali zeskoczyła z dachu a potem pomogła ,,młodym dorosłym" to zrobić. Cały czas się do wszystkich uśmiechała. Stanęła na przeciwko nas i powiedziała.
- Dobra ja je zabiorę i tego Kasandra a wy idźcie na zwiady. Może być ich więcej. - jej uśmiech znikł. - Tak, wiem jak ma na imię bo mi moi nowi mali przyjaciele powiedzieli. - dodała. Wzruszyliśmy ramionami. Jednak wiedziała, że nie żyją.
Odgarnęłam swoje bujne loki i ruszyłam w stronę lasu. Za mną Simon i Sebastian. Wchodząc w zarośla wyjęłam miecz z pochwy i stukałam nim o korę drzew, by sprowokować ewentualnych przeciwników. Na moją twarz zaczęły po chwili padać promienie wschodzącego słońca. Od razu lepiej. Cieplej. W tym klimacie ni było jakoś tak zimno ale nie gorąco. Tak, zdecydowanie klimat umiarkowany. I wpadł mi do głowy pewien pomysł.
Odgarnęłam swoje bujne loki i ruszyłam w stronę lasu. Za mną Simon i Sebastian. Wchodząc w zarośla wyjęłam miecz z pochwy i stukałam nim o korę drzew, by sprowokować ewentualnych przeciwników. Na moją twarz zaczęły po chwili padać promienie wschodzącego słońca. Od razu lepiej. Cieplej. W tym klimacie ni było jakoś tak zimno ale nie gorąco. Tak, zdecydowanie klimat umiarkowany. I wpadł mi do głowy pewien pomysł.
- Ej! Chodźmy do miasta! - puściłam oczko do moich towarzyszy. - No co? I tak tam nikogo nie ma! Dawno w nim nie byłam. Ostatni raz zobaczmy ta ruinę. Proszę. - przeciągnęłam ostatnią literkę.
- Nie byłbym taki pewien czy to dobry pomysł. Wiesz. Inne stowarzyszenia?! - burknął Sebastian.
- No ale z moją inteligencją oraz siłą i z twoim... - zaśmiałam się, zraz po mnie Simon. Seba aż się zaczerwienił ze złości. - Dobra, dobra to tylko żart. Idziemy? - kontynuowałam.
- Niech ci będzie. - odpowiedział wkurzony blondyn. Wciągnęłam powietrze i ruszyłam ku wschodowi słońca. Właśnie w tamtą stronę było miasto. Podczas naszej 6 godzinnej podróży słuchałam odgłosów zwierząt, wpadałam w zamyśleniu do dołków z runem leśnym, oraz słuchałam rozmów moich ,,kumpli".
Tak 6 godzin. Pomyśleć, że mogłyby być tylko 3. Straszne marnowanie czasu. Zważywszy na nich.
Tak 6 godzin. Pomyśleć, że mogłyby być tylko 3. Straszne marnowanie czasu. Zważywszy na nich.
***
Wreszcie doszliśmy na miejsce.
-No jesteśmy! Te 6 godzin nie poszły na marne nie? - Machnęłam ręką pokazując przede mną miasto. Przypominało Phoenix. Kilka placówek a za nimi bloki. Wysokie bloki. Większość miała tak z około po 15 pieter. Tak. Przypominało to miasto ale było dużo mniejsze. Jego wielkość była porównywalna do zwykłego miasteczka. Kiedyś tam byłam. Pamiętam ten zapach. Zmarszczyłam brwi. Co to za odgłosy? Obróciłam się do towarzyszy. Też to usłyszeli. Jakby... samochód? Spojrzałam na nich. Byli w osłupieniu. Chyba nie musiałam nawet się obracać. Już wiedziałam kto to.
- Marcus, zgadłam nie? - uśmiechnęłam się i obróciłam. Tak ja myślałam, a właściwie słyszałam za mną stał pojazd. Tak samochód. Trochę trudno o benzynę. Szkoda tak ją marnować na zwiady. Zawsze lubiłam jej zapach. Podeszłam do czterokołowca rozkoszując się tą wonią i stuknęłam w niego ręką. . Silnik zgasł. A z pojazdu wyszedł mężczyzna.
- Dawno cię nie widziałem Cler. Co tu robisz? - Zapytał brunet o zielonych oczach. Jego włosy były ułożone w artystyczny nieład a ubrania... o dziwo czyste. No tego bym się po nim nie spodziewała. Ugh! Nawet udało mu się zapuścić lekki zarost. Aż zachichotałam. Po chwili wysiedli jego trzej przyjaciele. Dwaj z nich mieli blond włosy i podobny ogólnie wygląd. Tak to na pewno bracia Saltore. A tego trzeciego z czarną grzywą, chyba nie znam.
- Tak, dawno się nie widzieliśmy. Namówiłam moich kumpli abyśmy się przeszli do miasta. Argh, zajęło to dłużej niż myślałam. -skrzyżowałam ręce na piersiach i zerknęłam w ich stronę. Gdyby nie musieli się trzy razy zatrzymywać na jedzenie to byśmy nie mieli dwóch godzin w plecy. Faceci.
- Umm. Mi tez miło cię widzieć. To idziesz do nas? Już południe. Nie ma sensu wracać chyba. Na pewno długo szliście. Przed zmrokiem na pewno nie zdążycie. - zgadł. Nie zdążymy. No ale i tak chciałam zostać tu dłużej. Zobaczę jak się im teraz żyje. Byłam to jakieś cztery lata temu. Miałam wtedy prawie piętnaście. Zostałam u nich z dwa miesiące. Chyba jednak mnie nie zapomnieli. Właściwie jak można zapomnieć kogoś kto zepsuł im dwa budynki i zgubił zapasy. Na początku jak zaczęli walczyć z nami jedni z Haves chodziłam sama z moim tatą. Dołączyliśmy się do grupy z tego miasta. Po dwóch i pół miesiąca odeszliśmy. Następnie znaleźliśmy się w lesie. I zapoznaliśmy się z tajną bazą Cur. Potem miał wykonać misje i zginął na niej. I pomyśleć, że ta cała wojna była wywołana przez obdarzonych a nie ludzi. Ponad połowa ,,odmieńców" była po stronie Haves! Żeby zlikwidować zwykłych. I im się to udało. Ale z jednym minusem. Zniszczyli przez to ziemie. Te wojny. Zaatakowali znienacka. Wykończyli ich. Teraz liczebność obdarzonych i ludzie jest niemal taka sama. Nie ma kto dbać o budynki. Nie ma kto budować nowych. Nie ma kto produkować benzyny i samochodów. Nie można się oszukiwać. Teraz chodzi o przetrwanie. Haves żyją w luksusach a inni? Samoluby, i tyle! Nie wystarczyło im to. Nadal chcą wybić tych co się im sprzeciwiają. Słyszałam nawet, że chcą zrobić takie zoo. Z ludźmi. By ich zapamiętać. Jacy byli bezbronni. Chamstwo. Kto wpadł na pomysł, że oni będą chcieć nas zlikwidować? Boże.
- Ej halo! - wyrwał mnie z rozmyśleń nad Haves Simon. - Idziemy. - po czym pociągnął mnie za rękę w stronę auta. Ledwo zapakowaliśmy się do zielonego pickup'a, po czym ruszyliśmy w głąb miasta.
***
- No jesteśmy! - krzyknął Marcus z uśmiechem na twarzy. Wysiedliśmy i ruszyliśmy ku jednemu z bloków. Wszystko, a właściwie całe miasto wyglądało bardzo zaniedbanie. W budynkach nie było okien. Wszędzie rosła zieleń i były owady. Mnóstwo ich było. Ni żebym się ich bała ale mnie obrzydzały. Jakby ktoś dał mi do rąk serce to bym nawet się nie skrzywiła.Moja logika mnie dobija, ale co poradzić?Co chwilę otrzepywałam różne małe stworzonka z nóg, rąk, ze wszystkiego! Wkurzały mnie. Stanęliśmy przed drzwiami. Znajomi otworzyli je. Prawie padłam. Przecież tam było cudnie! Pachniało kwiatami, meble jak nowe. Nawet elektronika! Mogli mieć panele słoneczne na dachu bloku.
- Winda też działa. Od czwartego do dwunastego piętra są pokoje mieszkalne, a wyżej do obrad itd. Ściany są odnawiane co dwa lata więc nic się nie załamie pod nami. Może jedynie trzecie piętro. Podłoga nie jest w tamtym miejscu zbyt zadbana. - robił wtedy dziwne wymachy rękoma by pokazać w powietrzu... sama nie wiem o co mu chodziło. W każdym razie byłam zdziwiona.
- Dużo was jest? - spytał Seba. - No wiesz. Jest tu zadbanie. Potrzebujecie sporo rąk do pracy.
- Tak około sześćdziesięciu. Mamy pokoje gościnne. Szczerze wszyscy się za tobą stęsknili Clery. - złapał mnie za ramię.
- A ja się im dziwie dlaczego. - zaśmiałam się. - Dobra zabawimy tu może ze dwa dni. I tak mieliśmy iść tu na zwiady. Może nie dokładnie tu ale mieliśmy iść. Macie może jakąś mikrofalówkę?
- Chodziło ci chyba o krótkofalówkę. - poprawił mnie Marcus.
- O to też. Jestem głodna. Zróbcie coś do żarcia. - wzdrygnęłam ręką i poszłam zwiedzać budynek. Czułam na sobie te spojrzenia. Ach... lubię czasem ich po wkurzać. Niedługo trzeba będzie wracać. I co my zrobimy z tym Kasandrem?
- Winda też działa. Od czwartego do dwunastego piętra są pokoje mieszkalne, a wyżej do obrad itd. Ściany są odnawiane co dwa lata więc nic się nie załamie pod nami. Może jedynie trzecie piętro. Podłoga nie jest w tamtym miejscu zbyt zadbana. - robił wtedy dziwne wymachy rękoma by pokazać w powietrzu... sama nie wiem o co mu chodziło. W każdym razie byłam zdziwiona.
- Dużo was jest? - spytał Seba. - No wiesz. Jest tu zadbanie. Potrzebujecie sporo rąk do pracy.
- Tak około sześćdziesięciu. Mamy pokoje gościnne. Szczerze wszyscy się za tobą stęsknili Clery. - złapał mnie za ramię.
- A ja się im dziwie dlaczego. - zaśmiałam się. - Dobra zabawimy tu może ze dwa dni. I tak mieliśmy iść tu na zwiady. Może nie dokładnie tu ale mieliśmy iść. Macie może jakąś mikrofalówkę?
- Chodziło ci chyba o krótkofalówkę. - poprawił mnie Marcus.
- O to też. Jestem głodna. Zróbcie coś do żarcia. - wzdrygnęłam ręką i poszłam zwiedzać budynek. Czułam na sobie te spojrzenia. Ach... lubię czasem ich po wkurzać. Niedługo trzeba będzie wracać. I co my zrobimy z tym Kasandrem?
Haaaalo ? :) Czy tutaj zamierza się jeszcze coś wydarzyć ? Chętnie przeczytałabym dalej ! Ciekawi mnie jak potoczą się losy Clery i co zrobią z Kasandrem ? Mam nadzieję, że doczekam sie kontynuacji :/
OdpowiedzUsuń