sobota, 1 lutego 2014

Rozdział III

 Wybiegliśmy, dysząc z chatki. Rozejrzałam się, i widziałam wokół siebie tyle tropicieli, a raczej trupów. Chyba, nie widać było aby się ruszali. skrzywiłam się jak zobaczyłam spokojnie siedzącą koło dzieci ciotkę. Mówiła coś do nich, uśmiechając się. To chyba jakieś żarty. Ma już prawie 46 lat! Nawet doświadczony takata by tak sobie nie poradził. A przynajmniej tak szybko. Wciągnęłam głęboko powietrze. Ten zapach drzew mnie uspokajał. Ech, no tak ciotka Malwina. Bym zapomniała, ciocia Mali. Jeśli ktoś by tak do niej powiedział od razy skończył by na noszach w szpitalu. Zabrałam kuszę naszemu ,,gościowi" i posłałam mu zawadiacki uśmiech. Nadal stał jak słup soli. Ogólnie nie wyglądał na takiego kogo może coś ruszyć, ale to jak widać go zamieniło w kamień. I o co było się spinać. Chyba zapomnieliśmy z kim mieli do czynienia. Tak, dla nich to się nie za dobrze skończyło.
- Sprawdź czy ktoś żyje. Jak nie to wiesz co robić. - krzyknęłam do Seby. Ten posłał mi wrogie spojrzenie. No tak. Był wyżej w pozycji. To on mi ma dawać rozkazy. Pff. Nigdy mnie ona nie obchodziła, i chyba nie zacznie. Hierarchia, co za idiotyzm. Ech, ale to tylko moje zdanie inni uważają inaczej. Ludzi obok nas było chyba pięciu. Nikt nie przeżył. Ale takie czasy. Jak jest się słabym. Ginie się. Proste. Z resztą tak było od zawsze. I będzie. Nie ma co mieć nadziei. Mali zeskoczyła z dachu a potem pomogła ,,młodym dorosłym" to zrobić. Cały czas się do wszystkich uśmiechała. Stanęła na przeciwko nas i powiedziała.
-  Dobra ja je zabiorę i tego Kasandra a wy idźcie na zwiady. Może być ich więcej. - jej uśmiech znikł. - Tak, wiem jak ma na imię bo mi  moi nowi mali przyjaciele powiedzieli. - dodała. Wzruszyliśmy ramionami. Jednak wiedziała, że nie żyją.
 Odgarnęłam swoje bujne loki i ruszyłam w stronę lasu. Za mną Simon i Sebastian. Wchodząc w zarośla wyjęłam miecz z pochwy i stukałam nim o korę drzew, by sprowokować ewentualnych przeciwników. Na moją twarz zaczęły po  chwili padać promienie wschodzącego słońca. Od razu lepiej. Cieplej. W tym klimacie ni było jakoś tak zimno ale nie gorąco. Tak, zdecydowanie klimat umiarkowany. I wpadł mi do głowy pewien pomysł. 
- Ej! Chodźmy do miasta! - puściłam oczko do moich towarzyszy. - No co? I tak tam nikogo nie ma! Dawno w nim nie byłam. Ostatni raz zobaczmy ta ruinę. Proszę. - przeciągnęłam ostatnią literkę.
- Nie byłbym taki pewien czy to dobry pomysł. Wiesz. Inne stowarzyszenia?! - burknął Sebastian.
- No ale z moją inteligencją oraz siłą i z twoim... - zaśmiałam się, zraz po mnie Simon. Seba  aż się zaczerwienił ze złości. - Dobra, dobra to tylko żart. Idziemy? - kontynuowałam. 
- Niech ci będzie. - odpowiedział wkurzony blondyn. Wciągnęłam powietrze i ruszyłam ku wschodowi słońca. Właśnie w tamtą stronę było miasto. Podczas naszej 6 godzinnej podróży słuchałam odgłosów zwierząt, wpadałam w zamyśleniu do dołków z runem leśnym, oraz słuchałam rozmów moich ,,kumpli".
Tak 6 godzin. Pomyśleć, że mogłyby być tylko 3. Straszne marnowanie czasu. Zważywszy na nich.
***
 Wreszcie doszliśmy na miejsce. 
-No jesteśmy! Te 6 godzin nie poszły na marne nie? - Machnęłam ręką pokazując przede mną miasto. Przypominało Phoenix. Kilka placówek a za nimi bloki. Wysokie bloki. Większość miała tak z około po 15 pieter. Tak. Przypominało to miasto ale było dużo mniejsze. Jego wielkość była porównywalna do zwykłego miasteczka. Kiedyś tam byłam. Pamiętam ten zapach. Zmarszczyłam brwi. Co to za odgłosy? Obróciłam się do towarzyszy. Też to usłyszeli. Jakby... samochód? Spojrzałam na nich. Byli w osłupieniu. Chyba nie musiałam nawet się obracać. Już wiedziałam kto to. 
- Marcus, zgadłam nie? - uśmiechnęłam się i obróciłam. Tak ja myślałam, a właściwie słyszałam za mną stał pojazd. Tak samochód. Trochę trudno o benzynę. Szkoda tak ją marnować na zwiady. Zawsze lubiłam jej zapach. Podeszłam do czterokołowca rozkoszując się tą wonią i stuknęłam w niego ręką. . Silnik zgasł. A z pojazdu wyszedł mężczyzna.
- Dawno cię nie widziałem Cler. Co tu robisz? - Zapytał brunet o zielonych oczach. Jego włosy były ułożone w artystyczny nieład a ubrania... o dziwo czyste. No tego bym się po nim nie spodziewała. Ugh! Nawet udało mu się zapuścić lekki zarost. Aż zachichotałam. Po chwili wysiedli jego trzej przyjaciele. Dwaj z nich mieli blond włosy i podobny ogólnie wygląd. Tak to na pewno bracia Saltore. A tego trzeciego z czarną grzywą, chyba nie znam. 
- Tak, dawno się nie widzieliśmy. Namówiłam moich kumpli abyśmy się przeszli do miasta. Argh, zajęło to dłużej niż myślałam. -skrzyżowałam ręce na piersiach i zerknęłam w ich stronę. Gdyby nie musieli się trzy razy zatrzymywać na jedzenie to byśmy nie mieli dwóch godzin w plecy. Faceci. 
- Umm. Mi tez miło cię widzieć. To idziesz do nas? Już południe. Nie ma sensu wracać chyba. Na pewno długo szliście. Przed zmrokiem na pewno nie zdążycie. - zgadł. Nie zdążymy. No ale  i tak chciałam zostać tu dłużej. Zobaczę jak się im teraz żyje. Byłam to jakieś cztery lata temu. Miałam wtedy prawie piętnaście. Zostałam u nich z dwa miesiące. Chyba jednak mnie nie zapomnieli. Właściwie jak można zapomnieć kogoś kto zepsuł im dwa budynki i zgubił zapasy. Na początku jak zaczęli walczyć z nami jedni z Haves  chodziłam sama z moim tatą. Dołączyliśmy się do grupy z tego miasta. Po dwóch i pół miesiąca odeszliśmy. Następnie znaleźliśmy się w lesie. I zapoznaliśmy się z tajną bazą Cur. Potem miał wykonać misje i zginął na niej. I pomyśleć, że ta cała wojna była wywołana przez obdarzonych a nie ludzi. Ponad połowa ,,odmieńców" była po stronie Haves! Żeby zlikwidować zwykłych. I im się to udało. Ale z jednym minusem. Zniszczyli przez to ziemie. Te wojny. Zaatakowali znienacka. Wykończyli ich. Teraz liczebność obdarzonych i ludzie jest niemal taka sama. Nie ma kto dbać o budynki. Nie ma kto budować nowych. Nie ma kto produkować benzyny i samochodów. Nie można się oszukiwać. Teraz chodzi o przetrwanie. Haves żyją w luksusach a inni? Samoluby, i tyle! Nie wystarczyło im to. Nadal chcą wybić tych co się im sprzeciwiają. Słyszałam nawet, że chcą zrobić takie zoo. Z ludźmi. By ich zapamiętać. Jacy byli bezbronni. Chamstwo. Kto wpadł na pomysł, że oni będą chcieć nas zlikwidować? Boże.
- Ej halo! - wyrwał mnie z rozmyśleń nad Haves Simon. - Idziemy. - po czym pociągnął mnie za rękę w stronę auta. Ledwo zapakowaliśmy się do zielonego pickup'a, po czym ruszyliśmy w głąb miasta.
***
 - No jesteśmy! - krzyknął Marcus z uśmiechem na twarzy. Wysiedliśmy i ruszyliśmy ku jednemu z bloków. Wszystko, a właściwie całe miasto wyglądało bardzo zaniedbanie. W budynkach nie było okien. Wszędzie rosła zieleń i były owady. Mnóstwo ich było. Ni żebym się ich bała ale mnie obrzydzały. Jakby ktoś dał mi do rąk serce to bym nawet się nie skrzywiła.Moja logika mnie dobija, ale co poradzić?Co chwilę otrzepywałam różne małe stworzonka z nóg, rąk, ze wszystkiego! Wkurzały mnie. Stanęliśmy przed drzwiami. Znajomi otworzyli je. Prawie padłam. Przecież tam było cudnie! Pachniało kwiatami, meble jak nowe. Nawet elektronika! Mogli mieć panele słoneczne na dachu bloku.
- Winda też działa. Od czwartego do dwunastego piętra są pokoje mieszkalne, a wyżej do obrad itd. Ściany są odnawiane co dwa lata więc nic się nie załamie pod nami. Może jedynie trzecie  piętro. Podłoga nie jest w tamtym miejscu zbyt zadbana. - robił wtedy dziwne wymachy rękoma by pokazać w powietrzu... sama nie wiem o co mu chodziło. W każdym razie byłam zdziwiona.
- Dużo was jest? - spytał Seba. - No wiesz. Jest tu zadbanie. Potrzebujecie sporo rąk do pracy.
- Tak około sześćdziesięciu. Mamy pokoje gościnne. Szczerze wszyscy się za tobą stęsknili Clery. - złapał mnie za ramię.
- A ja się im dziwie dlaczego. - zaśmiałam się. - Dobra zabawimy tu może ze dwa dni. I tak mieliśmy iść tu na zwiady. Może nie dokładnie tu ale mieliśmy iść. Macie może jakąś mikrofalówkę?
- Chodziło ci chyba o krótkofalówkę. - poprawił mnie Marcus.
- O to też. Jestem głodna. Zróbcie coś do żarcia. - wzdrygnęłam ręką i poszłam zwiedzać budynek. Czułam na sobie te spojrzenia. Ach... lubię czasem ich po wkurzać. Niedługo trzeba będzie wracać. I co my zrobimy z tym Kasandrem?

piątek, 17 stycznia 2014

Rozdział II

 Ciągnęłam go przez tunel w ziemi. Co chwilę lekko podskakiwałam aby wzmocnić uchwyt.  Ciekawe dlaczego tu przylazł. Już tyle osób zna położenie bazy? Byliśmy tak ostrożni a jednak...  Trzeba go będzie solidnie przesłuchać. Nie ma co! Jakiś tam chłystek nie będzie zakłócał mi spokoju! Ja sobie spokojnie wchodziłam a on spada mi na głowę. No co za czasy. Zaśmiałam się. Tak tego jeszcze nie było. Bardzo słaby musiał być. Może jest chory? Ciekawe, ciekawe. O nie, nie, nie, nie... Ile ja czasu straciłam przez niego! Ale przecież przyprowadziłam tu zwiadowce! Może będzie nawet nagroda! Ciekawe kim jest.
 Po chwili zobaczyłam, że dochodzę na miejsce. Do wielkiej komnaty głównej, w której produkowaliśmy żywność.  Cała baza to był system jaskiń.
 - Łał. - odezwał się mężczyzna. Wreszcie! Nie znoszę kiedy nikt się nie odzywa. Chociaż, ja mogę. Uśmiechnęłam się. Ominęłam sale i poszłam dalej korytarzem. Było tu jak w labiryncie. Bardzo łatwo się zgubić.
- Uważaj bo możesz już nigdy tego miejsca nie opuścić. Chyba, że jako duch. - spojrzałam na niego z złowieszczym uśmiechem. Ten tylko przewrócił oczami.
- Mogę sam iść.
- Nie byłabym tego taka pewna. - po czym odsunęłam się od niego trochę by zobaczyć czy sam ustoi. Nogi się mu przez chwile zachwiały ale koniec, końców, stał na własnych. Przeciągnęłam się po czym wyjęłam linę z mojego paska - torby i związałam mu ręce by nie mógł mi uciec. Chyba już nawet wiedział, że ucieczka to nie najlepszy pomysł na jaki mógł wpaść.
- No idziemy dalej. - jego wyraz twarzy zmienił się z obojętnego na smutny. Ruszyliśmy dalej. On za mną, ja przed nim. Teraz wie kto tu rządzi.- pomyślałam. Doszliśmy do końca drogi. On się rozglądał.
- Co my tu robimy? Dalej nie ma drogi. - spojrzał się na mnie zdziwiony.
- Chyba tylko tak ci się zdaje. - podniosłam rękę ku kamieniowi z przodu, i zaczęłam ją przesuwać w prawo. Wtedy ściana, w właściwie kamień przypominający ścianę, zaczął się przesuwać. Otworzyło się przejście. W pokoju wielkości przeciętniej sali lekcyjnej, stały trzy osoby przy stole. Wszyscy na raz odwrócili swój wzrok na mnie. Ja tylko się do nich uśmiechnęłam zawadiacko.
- Taa.. Czego mogliśmy się po tobie spodziewać. - powiedział wysoki blondyn opierając się o brzeg stołu i krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Jak widać wszystkiego. - odpowiedziałam.
- Ile razy mam powtarzać. Używaj chociaż raz guzika. - dopowiedział trochę niższy blondyn.
- Oj tam, oj tam. Daj mi zrobić dobre wrażenie chociaż raz! - powiedziałam szeroko szczerząc się.
No ciekawe jak zareagują na to. Może będę mogła prowadzić przesłuchanie? Chciałabym. Byłoby ciekawie. O tak, lubię być złośliwa. No ale cóż taka moja natura. Dmuchnęłam w kosmyk moich długich włosów, które opadły mi na oczy.
- To co zrobić z nim. - spytałam.
- Oczywiście na przesłuchanie. Nie martw się cieszymy, się że kogoś przyniosłaś nam. Mamy teraz więcej roboty. - zaśmiał się. - Jak będziesz mieć tyle lat co my to zrozumiesz co to ciężka praca.
- Pff, za dwa lata to ja będę sama zwiadowcą a nie tu siedzieć na dupie. - powiedziałam zadufanie.
- No tak, tak. A tak na prawdę do dwudziestki to ty będziesz czyścić kanały.. Idź już proszę go odprowadzić. - odpowiedział z uśmiechem.
Wzruszyłam ramionami i odwróciłam się.
- Idziemy królewno. - on tylko zerknął na mnie tajemniczym wzrokiem. Ruszyliśmy dalej ku korytarzom.
- To.. - przeciągnęłam ostatnia literę - Jak się nazywasz?
- Co ci odpierdala? - powiedział. - najpierw zachowujesz się jak płatny zabójca a chwile później., no ...tak?!
- Jak ci się nie podoba to mogę wrócić do płatnego zabójcy. - odwróciłam głowę w przeciwną stronę.
 W ciągu dalszej drogi już się nie odezwałam. Co on sobie myśli?! Mi to tam nie podskoczy. Ciekawe jak sobie radzi Mel. Może jest ich więcej. A co jeśli sobie nie poradzi? Znamy się od dawna. Prawie 4 lata. Jak miałam 16 umarł mi ojciec. Wtedy spotkałam Mel. Wspierała mnie. Ona sama straciła rodziców. A ja się tak użalam nad sobą. Aż mi głupio. Może rzeczywiście jestem czasem nie do wytrzymania? Od razu posmutniałam. Nawet zachciało mi się płakać. Moje rozmyślenia przerwał czyiś głos. Wróciła do rzeczywistości i nadal patrząc w ścianę słuchałam mówiącego.
- Kasander. - mruknął.. - Jestem Kasander. -  Byłam zaskoczona. Odpowiedział na moje pytanie. Wreszcie. Ile można czekać? Hmm.. a jeśli to przez mój charakter? Czy ja na serio tak wszystkich odstraszam. Ech.. nie to na pewno przez tego kretyna. On jest taki opychający. Pff.. Ostatnio dużo myślę. Oznacza to, że za mało się spotykam ze znajomymi. No ale gdzie miałabym wyjść. Przechadzać się nie za bardzo. Jak nas złapią to i my możemy zostać zakładnikami. To byłaby klapa. Chwila, chwila... Ja tu se myśle a on czeka na odpowiedź!
- Clery. - Wyszczerzyłam się głupio. - Jest was więcej? - Nie mogłam się już powstrzymać.
- Nie. Nie musisz się bać o swoją przyjaciółkę. - czy wszyscy czytają mi w myślach, czy mi się zdaje? To zaczyna być trochę irytujące.
- Ej królewna! - wskazałam jedną ręką korytarz. prowadzący do sali a druga szarpnęłam za linkę.
- Możesz tak do mnie nie mówić? - spytał.
- Sorka ale się przyzwyczaiłam więc tak zostanie. - skrzyżowałam ręce na piersiach.
- Wiesz, że jestem od ciebie większy. I zapewne silniejszy.
- No nie byłabym tego taka pewna. Powaliła cie na początku moja drobna koleżaneczka. - posłałam mu moje spojrzenie oznaczające "wygrałam". A właśnie. Ciekawe jak tam Mel. Chyba skończyła wartę. Łażę z nim dobre 2 godziny już. Może dołączy do mnie jak wysłucham opowieści tego gościa. Lepiej niech się dobrze wytłumaczy. Jeszcze nikt nie zablokował mojego prawego sierpowego. Z reszt ą lewego również. Wkurzają mnie ci zwiadowcy. Nie lubię jak ktoś wtyka nos w nie swoje sprawy. No tak. Teraz to mówię a sama chcę zostać nim. No cóż. Chyba muszę zmienić zdanie. Ale jego to nie usprawiedliwia. Zaatakował moja przyjaciółkę.
- Dobra dochodzimy już Kasander.
- No! Wreszcie po imieniu. - Po raz pierwszy się na prawdę uśmiechnął.
 Weszliśmy do sali. Nie była duża. Przy ścianie z prawej było krzesło. Weszłam z chłopakiem za próg drzwi i odwiązałam mu ręce z ucisku liny. Chwilę potrzymał się za lekko czerwone, byłe miejsce "smyczy".
- Siadaj króle... Kasander. Będziesz miał chwilę na opowiedzenie swojej fascynującej historii. - powiedziałam z ironią. Wtedy wszedł Simon. Wyższy blondyn, z którym miałam okazje porozmawiać w poprzednim pomieszczeniu. Podszedł do siedzącego na krześle Kasandra z poważną miną. Oddaliłam się o kilka kroków do tyłu i skrzyżowałam ręce na piersiach czekając aż ktoś coś powie. Do pokoju wszedł jego kolega. Niższy blondyn o brązowych oczach z imieniem Sebastian. Seba stanął obok mnie i spoglądał na chłopaka. Simon przeszywał go za to wzrokiem. Wyglądał jakby chciał dowiedzieć się czegoś z jego zachowania, Kasander nic nie robił. Chyba tak jak ja czekał aż zacznie się jakakolwiek rozmowa.
- Po co tu przyszedłeś. - spytał Seba. Ja i Simon spojrzeliśmy się na niego wzrokiem mówiącym : Poczekaj. Jeszcze nie! Wtedy odezwał się przybysz.
- Przyszedłem tu po pomoc. Bo ja... - Nie skończył po czym Simon odpowiedział mu.
- Pytał cię o jedno. Nie żebyś opowiadał mu swoją historię. A teraz, jaką pomoc? - uderzyłam się w czoło, czy mnie otaczają idioci? Oboje zmierzyli mnie wtedy wzrokiem.
- No więc nasza baza, właściwie to już nie istnieje. Nie jesteśmy jednymi z nich! - wręcz krzyknął ostatnie zdanie po czym przez chwile wiercił się na krześle. Chyba zaczynałam już rozumieć. Dlatego przyszedł sam. Żebyśmy nie pomyśleli, że to oni i ich nie zabili. Chwila...
- Jacy wy? - Spytałam mrużąc oczy.
- No my... - Podeszłam i pstryknęłam go w czoło. - Och.. odpowiadaj a nie. Ilu was jest?
-  No 5. Mieszkaliśmy w lesie. To z 4 godziny drogi piechotą od was. - wyszczerzyłam oczy. Stowarzyszenie, które przetrwało tyle... około 10 lat. Musiało być duże! Lub bardzo dobrze ukryte. I tylko... pięciu? To niemożliwe. Tam musiała być masakra. W naszym jest  18 osób. Ale jest ukryte niemal doskonale. Chodzą czasem nieopodal ale to tyle. A on znalazł nas. Skąd wiedział? Musiałam pomyśleć. Musiałam stąd wyjść. Chodziłam jakiś czas po tym systemie jaskiń aż dotarłam do sporawego pomieszczenia. Nie musiałam uważać na stalaktyty, stalagmity czy stalagnaty. Ogólnie w naszej bazie ich nie było. Zostały usunięte przez nas dla bezpieczeństwa. Nie wiadomo co spadnie nam na głowę. Chociaż ja to mogę się wszystkiego spodziewać. Na środku był mały zbiorniczek wody. Była ona krystalicznie czysta i miała lekko niebieskawy kolor. W niej pływały dwie ryby. Jedna w kolorze błękitu, druga w kolorze szmaragdu. Na dnie było jakby jakieś światełko ale to przez glony. To one je dawały. A światło rozchodziło się później po całym pomieszczeniu. Dawało to piękny efekt. Aby tu dojść trzeba było nieźle pobłądzić. Więc chyba tylko ja tu przychodziłam. Usiadłam pod ścianą i zaczęłam bawić się kamieniami w zamyśleniu. Skoro jest ich więcej. To... gdzie oni są? Jakby ich znaleźli, to by zabili. Posuną się nawet do tego! By ich dobić. Moment! Jeśli oni tu przyleźli to mogli ich śledzić! Kto jest teraz na warcie? Zgniotłam ze złością lewitujące kamienie i wybiegłam z mojego ulubionego miejsca.   Już skręcałam do wyjścia gdy wpadłam na Simona.
- Ty też na to wpadłaś, nie? - spytał retorycznie. - A jak myśleć to ja jeszcze potrafię. - dołączyli do nas jeszcze Sebastian, Kasander i Moly. Szybko się o tym dowiedziała.
- Jakbyś była bardziej spostrzegawcza to byś wiedziała, że korytarz do windy był trochę wcześniej. - po czym pomógł mi wstać i pobiegliśmy do wyjścia.
- Śledzili cię? - spytałam Kasandra.
- Nie.. nie wiem. - przewróciłam oczami z pogardą. To było oczywiste, że mogli go śledzić. A on nawet nie pomyślał aby to sprawdzić. - Wiem ale musiałem je chronić! - popatrzyłam mu głęboko w oczy. Nie rozumiałam. - Przyszedłem tu z dziećmi! Zabrałem je w ostatniej chwili od mojej ciotki, zanim podpalili nas.
Było mi głupio, nie doceniłam go. Musiał uciekać z dziećmi. A one są wolniejsze. Nie miał już czasu.
- Kto jest teraz na warcie? - spytałam moich towarzyszy.
- Chyba Malwina. - co ciocia Malwina? Nie pozwolę by się jej coś stało! Nie jest moją prawdziwą rodziną ale czuję jakby była częścią niej. Wreszcie dobiegliśmy do windy i się w nią zapakowaliśmy. Cała czwórka. Reszta stowarzyszenia buła rozproszona w grupkach zwiadowczych po lesie. Nie było sensu ich tu prowadzić. To by zajęło w najlepszym wypadku z 20 minut. Wreszcie dotarliśmy na górę. Rozejrzeliśmy się wokół.
- Dobra królewno! Twoja chwila, masz tu kuszę. Lepiej uważaj. Jeden fałszywy ruch i będziesz martwy! - odezwał się Sebastian.

Rozdział I

 Siedziałam na dachu i patrzyłam w niebo. Drewnianą chatkę, na której siedziałam otaczał las a nad nim gwieździste, bezchmurne niebo. Panowała wokół cisza, którą co jakiś czas przerywał dźwięk wiatru przeczesującego trawę i drobne zwierzęta. Musiałam tu siedzieć ale mi to nie przeszkadzało. Właściwie cieszyłam się, że mogę pobyć dłużej na świeżym powietrzu. Znów poczuć wiatr, ten prawdziwy! Te dźwięki, których tam nie ma. Poczuć się jak przed tym wszystkim. Jak dawniej. Bowiem pełniłam tu wartę. Już od 2 godzin. Kątem oka zerknęłam na zegarek i uświadomiłam sobie iż została mi godzina na przebywanie tu. Potem będę musiała wrócić do "stacji" i zdać raport. Pamiętam jak z tatą pełniłam warty. Uczył mnie jak nasłuchiwać i odróżniać odgłosy zwierząt od ludzkich. Lubiłam z nim przebywać. Był spostrzegawczy i mądry. Kiedyś nim to wszystko zdarzyło się jeździliśmy razem na wakacje w góry. Chodziliśmy po szlakach i zwiedzaliśmy lasy. Ech te czasy... już nie wrócą. Nie ma go. Odszedł tak po prostu, i zostawił mnie. Samą bez nikogo. Mogłam iść z nim. Ale nie, ja zostałam tu. Teraz rodziny już nie mam .I nie chcę mieć. Nie zamierzam już nikogo stracić!
- Wiem o czym myślisz. Ale po co się obwiniać. - odwróciłam wzrok za siebie i przed moimi oczami stała Mely.
- Skąd wiedziałaś? Dlaczego nie jesteś tam? - Spytałam lekko już zdezorientowana.
- Teraz ja pełnię tu stróża prawa Cler. Idź zdać raport, bo znów ci dadzą kare albo coś. - wzruszyłam ramionami i ruszyłam ku końcowi dachu a następnie z niego zeskoczyłam. Odwróciłam się na pięcie i pociągnęłam za klamkę drzwi od chatki. Weszłam do ciemnego pomieszczenia. Z prawej była kuchnia, z lewej drzwi a obok nich regał z książkami a przede mną duży stół dla 8 osób. Ściany były z drewna. Dom był dość stary. Miał już około podobno 40 lat. Odgarnęłam moje bujne, brąz włosy  i podeszłam do regału z książkami. Pociągnęłam za książkę o tytule "Spes". Usłyszałam jakiś mechanizm i stanęłam koło jednego z krzeseł od stołu. Rozejrzałam się chcąc upewnić się, że nikt mnie nie widzi, ale zobaczyłam wokół siebie tylko ciemny pokój, kuchnie i drzwi, a za oknem nic, a nic. Chociaż. Może jednak. Sprawdzić?
- Clery! - usłyszałam głos przyjaciółki. Wybiegłam z chatki, spojrzałam za siebie, nikt nie wszedł. Stojąc przed chatką mogła spostrzec na dachu Mely ledwo stojącą na nogach. Miała w ręku sztylet i trzymała się za ramię. Chwile później dołączył do mnie jakiś zwiadowca. Po prostu, spadł z dachu. Cudem uniknęłam zderzenia czołowego z mężczyzną. Odwróciłam wzrok do Mely i wykrzywiłam usta pokazując jej mój uśmiech.
- Szybko ich tu przybywa. - zaśmiała się.
- I coraz więcej. - odwzajemniłam jej śmiech. - Zabity? Może mogą go namierzyć. - Podniosłam chłopaka i oparłam o drzewo.
- No to sobie nagrabiłeś. - powiedziałam oglądając ciało.
- Być może. - otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia. On jeszcze żyje? Nie słyszałam bicia serca. Nic.
- W takim razie pójdziesz ze mną, gdybym była w twojej skórze wolałabym śmierć. Idziesz? - ten tylko zaśmiał się. - Chyba jednak nie. - wzięłam go za tył bluzki i zaczęłam ciągnąć do chatki.
- Zabierasz go? Żyje jeszcze? - Spytała dziewczyna i spojrzała na mnie swymi niebieskimi oczami, przeczesując ręką swoje blond włosy.
- Tak. Może się przydać. - weszłam przez drzwi i położyłam go obok krzesła. Pociągnęłam za odpowiednią książkę i dołączyłam do mężczyzny. Spoglądałam na niego. On tylko lekko się uśmiechał. Dlaczego tu przyszedł. Nie miał szans. A gdybym to ja tam była to z pewnością był by martwy. Z reguły przychodzą w grupkach.  To mnie trochę zdziwiło. Podłoga wokół stołu (włącznie z nim i krzesłami ) zaczęła zjeżdżać w dół. Niezbyt głęboko. Jechaliśmy tak z minutę. Ale najwyraźniej tyle mu wystarczyło by zasnąć. Spoglądałam przez chwilę na jego twarz. Miał łagodne rysy, brązowe włosy i zielone oczy. Sama też miałam oczy koloru szmaragdowego.
- Dobra idziemy śpiąca królewno. - podniosłam go a jego rękę przełożyłam przez ramię. - Ale ty jesteś ciężki. - dodałam i wyszłam z "windy".


Jest krótki ale to rozdział I więc następny będzie jakoś dwa
razy dłuższy. Proszę o komentarz i uwagi. :)

środa, 15 stycznia 2014

Prolog

Przeznaczenie

 Czy wszystkie błędy można naprawić? Czy każda rzecz jaka się stała. Czy każdy uczynek. Czy każdy błąd.. można naprawić? Pytanie to zadawało wiele ludzi... i nie tylko. Nie wszystkie da się naprawić. Nie popełniaj tego samego błędu.. raz jeszcze. Lecz.. nie naprawiaj życia. Rozpocznij je od nowa. Spraw by to się nigdy nie stało. Wszystko ma skutek. Wszystko ma konsekwencje. Wszystko na świecie jest już zaplanowane. Lecz. Zmień to.. i spójrz na nie.. ponownie.

Woda, której dotykasz w rzece, jest ostatkiem tej, która przeszła,
 i początkiem tej, która przyjdzie; tak samo teraźniejszość.